Jako rzekłam, tak się stało. Ziębla rozpoczęta. Dlatego też, mimo że kontakt ze światem nawiązałam już dawno, bo 5 października, to nie miałam czasu zająć się blogiem. Ucieszyłam się jedynie niezmiernie, że wreszcie mam bezpośredni dostęp do potrzebnych informacji, audycji radiowych RadioFrance tudzież BBC, wyszukiwarki („Google rządzi, Google radzi, Google nigdy Cię nie zdradzi!” – prawda, Braciszku?), strony uczelni, itd. A potem zakopałam się niemal po czubek głowy w książkach z biblioteki i kserówkach. Co nie znaczy, że jestem na bieżąco z materiałem. Do tej pory udało mi się obczaić chyba najtańsze punkty ksero w stolicy – po 6 gr./str. – co, ku mojemu zdumieniu, okazuje się być stawką niższą niż w Łodzi. Niestety, stanie w kolejkach lub jeżdżenie do tych punktów jest dość czasochłonne. Jeśli do tego doliczyć ogarnianie mieszkania (w zasadzie po remoncie już nie ma śladu, ale sprzątać trzeba, no i codziennie mieszkać – zmywać, suszyć, prać ubrania, prasować, porządkować zaopatrzenie…), dość częste wizyty różnych gości w ostatnim czasie, to nagle okazuje się, że teraz muszę się z kopyta wziąć do roboty. Ale zanim to zrobię, postanowiłam odświeżyć też co nieco dane tutaj i wspomnieć choć w kilku słowach o tym, co się u mnie dzieje.
Udało mi się okiełznać USOS (co do końca września wydawało mi się przeszkodą nie do pokonania), modle i COME. To w dużym stopniu ułatwia sprawę, bo wreszcie bez większych (bo nie znaczy to, że bez żadnych) problemów jestem w stanie znaleźć to, czego szukam.
Zapisałam się na taniec towarzyski w ramach wf-u (pozdrowienia dla mojego partnera!). Umiem już tańczyć walca, cha-chę, fokstrota i rock’n’rolla jak w Tańcu z Gwiazdami
Prawie nadążam za czytaniem na bieżąco materiału. Co nie znaczy, że ogarniam francuskie rodzajniki – nie wiem czy ja w ogóle jestem w tej dziedzinie nauczalna. W każdym razie nasza biblia do francuskiej gramatyki – „Le Bon Usage”, zwana dalej od imienia autora Grevissem, 1228-stronicowa cegła – znajduje się w ciągłym użyciu.
Od prawie dwóch tygodni próbuję wysłać przyjaciółce list (aż obciach się przyznać), ale nadchodzi wreszcie WOLNY (słowo-klucz) weekend, więc planuję się tym zająć.
Zdołałam uzyskać dostęp do Internetu. Ale to jest dłuższa historia. Bynajmniej nie stało się to za sprawą ukochanej neozdrady, po prostu któregoś dnia straciłam cierpliwość i poszłam podpisać umowę w Play’u na Internet bezprzewodowy – mam 5 GB transferu miesięcznie, z czego co poniektórzy się śmieją, ale naprawdę wolę to, niż w nieskończoność pozostawać na łasce panów i pań z neozdrady, którzy najpewniej nie zamierzają mi wcale tego Internetu podłączyć. Rodzice stwierdzili, że mam sprawdzać co jakiś czas, bo na pewno w końcu podłączą – nie ma to jak niezłomny optymizm… Dziś dzwoniono z firmy i powiedziano, że net podłączony – to ciekawe, bo jakoś później nie mogłam się zarejestrować i korzystać z ich usług. W każdym razie cieszę się, że nie muszę już się tym przejmować.
W którąś środę przyjechała mama z babcią i dziadkiem – dziadek pomógł mi zainstalować na ścianach wszystkie lustra, półki wiszące w domu, blat kuchenny i takie tam drobiazgi (pozdrowienia dla Dziadka). Tak więc moje mieszkanie wygląda już jak ładnie urządzone mieszkanie.
Zapisałam się na internetowy kurs epigrafiki Majów w ramach OGUN-u. Tata stwierdził, że będę się uczyć wiązać supełki. Ja mam wrażenie, że raczej będę się uczyć rysunków jakichś główek. Zwał jak zwał, w każdym razie mam do przeczytania wstępną lekcję, a jak na razie po ogólnym rzuceniu na nią okiem przyznam, że trochę się boję.
Dobra, to by było na tyle. Telegraficzny skrót ostatnich ponad 2 tygodni… A że jeszcze miałam odwiedziny mamy, mamy z siostrą, mamy z babcią i dziadkiem (o tym pisałam) i w końcu „starszego brata”, to powoli tracę siły. Miło jest przyjmować gości, ale czasem człowiek wolałby już odpocząć i zająć się sobą, nadgonić braki w nauce, zrobić zakupy i posprzątać mieszkanie. W normalnych godzinach, rzecz jasna, bo jakoś nie ciągnie mnie do odkurzania o północy. Tak więc póki co cieszę się pierwszym od dość dawna wolnym weekendem, kiedy to mogę w sobotę rano spać do woli, przeczytać wszystkie Grevissy i Intro*, których już nie zdążyłam wcześniej z braku czasu, lub nad którymi po prostu w tygodniu usnęłam ze zmęczenia. Alors, bon weekend à tous!
*Intro – Introduction to the Grammar of English. Kolejna z serii cegieł. Jedynie 482 str. Czyta się świetnie, najlepiej ze słownikiem. Generalnie biblia angielskiej gramatyki opisowej.
Zwrotem „Grevissy i Intro” chciałam synekdochicznie oznaczyć wszystkie pozycje podręcznikowo-książkowe, z jakimi przychodzi mi romansować w tym semestrze.
Derniers Commentaires