Vendredi 16 octobre 2009 5 16 /10 /Oct /2009 19:33

Jako rzekłam, tak się stało. Ziębla rozpoczęta. Dlatego też, mimo że kontakt ze światem nawiązałam już dawno, bo 5 października, to nie miałam czasu zająć się blogiem. Ucieszyłam się jedynie niezmiernie, że wreszcie mam bezpośredni dostęp do potrzebnych informacji, audycji radiowych RadioFrance tudzież BBC, wyszukiwarki („Google rządzi, Google radzi, Google nigdy Cię nie zdradzi!” – prawda, Braciszku?), strony uczelni, itd. A potem zakopałam się niemal po czubek głowy w książkach z biblioteki i kserówkach. Co nie znaczy, że jestem na bieżąco z materiałem. Do tej pory udało mi się obczaić chyba najtańsze punkty ksero w stolicy – po 6 gr./str. – co, ku mojemu zdumieniu, okazuje się być stawką niższą niż w Łodzi. Niestety, stanie w kolejkach lub jeżdżenie do tych punktów jest dość czasochłonne. Jeśli do tego doliczyć ogarnianie mieszkania (w zasadzie po remoncie już nie ma śladu, ale sprzątać trzeba, no i codziennie mieszkać – zmywać, suszyć, prać ubrania, prasować, porządkować zaopatrzenie…), dość częste wizyty różnych gości w ostatnim czasie, to nagle okazuje się, że teraz muszę się z kopyta wziąć do roboty. Ale zanim to zrobię, postanowiłam odświeżyć też co nieco dane tutaj i wspomnieć choć w kilku słowach o tym, co się u mnie dzieje.

Udało mi się okiełznać USOS (co do końca września wydawało mi się przeszkodą nie do pokonania), modle i COME. To w dużym stopniu ułatwia sprawę, bo wreszcie bez większych (bo nie znaczy to, że bez żadnych) problemów jestem w stanie znaleźć to, czego szukam.

Zapisałam się na taniec towarzyski w ramach wf-u (pozdrowienia dla mojego partnera!). Umiem już tańczyć walca, cha-chę, fokstrota i rock’n’rolla jak w Tańcu z Gwiazdami

Prawie nadążam za czytaniem na bieżąco materiału. Co nie znaczy, że ogarniam francuskie rodzajniki – nie wiem czy ja w ogóle jestem w tej dziedzinie nauczalna. W każdym razie nasza biblia do francuskiej gramatyki – „Le Bon Usage”, zwana dalej od imienia autora Grevissem, 1228-stronicowa cegła – znajduje się w ciągłym użyciu.

Od prawie dwóch tygodni próbuję wysłać przyjaciółce list (aż obciach się przyznać), ale nadchodzi wreszcie WOLNY (słowo-klucz) weekend, więc planuję się tym zająć.

Zdołałam uzyskać dostęp do Internetu. Ale to jest dłuższa historia. Bynajmniej nie stało się to za sprawą ukochanej neozdrady, po prostu któregoś dnia straciłam cierpliwość i poszłam podpisać umowę w Play’u na Internet bezprzewodowy – mam 5 GB transferu miesięcznie, z czego co poniektórzy się śmieją, ale naprawdę wolę to, niż w nieskończoność pozostawać  na łasce panów i pań z neozdrady, którzy najpewniej nie zamierzają mi wcale tego Internetu podłączyć. Rodzice stwierdzili, że mam sprawdzać co jakiś czas, bo na pewno w końcu podłączą – nie ma to jak niezłomny optymizm… Dziś dzwoniono z firmy i powiedziano, że net podłączony – to ciekawe, bo jakoś później nie mogłam się zarejestrować i korzystać z ich usług. W każdym razie cieszę się, że nie muszę już się tym przejmować.

W którąś środę przyjechała mama z babcią i dziadkiem – dziadek pomógł mi zainstalować na ścianach wszystkie lustra, półki wiszące w domu, blat kuchenny i takie tam drobiazgi (pozdrowienia dla Dziadka). Tak więc moje mieszkanie wygląda już jak ładnie urządzone mieszkanie.

Zapisałam się na internetowy kurs epigrafiki Majów w ramach OGUN-u. Tata stwierdził, że będę się uczyć wiązać supełki. Ja mam wrażenie, że raczej będę się uczyć rysunków jakichś główek. Zwał jak zwał, w każdym razie mam do przeczytania wstępną lekcję, a jak na razie po ogólnym rzuceniu na nią okiem przyznam, że trochę się boję.

Dobra, to by było na tyle. Telegraficzny skrót ostatnich ponad 2 tygodni… A że jeszcze miałam odwiedziny mamy, mamy z siostrą, mamy z babcią i dziadkiem (o tym pisałam) i w końcu „starszego brata”, to powoli tracę siły. Miło jest przyjmować gości, ale czasem człowiek wolałby już odpocząć i zająć się sobą, nadgonić braki w nauce, zrobić zakupy i posprzątać mieszkanie. W normalnych godzinach, rzecz jasna, bo jakoś nie ciągnie mnie do odkurzania o północy. Tak więc póki co cieszę się pierwszym od dość dawna wolnym weekendem, kiedy to mogę w sobotę rano spać do woli, przeczytać wszystkie Grevissy i Intro*, których już nie zdążyłam wcześniej z braku czasu, lub nad którymi po prostu w tygodniu usnęłam ze zmęczenia. Alors, bon weekend à tous!

 

*Intro – Introduction to the Grammar of English. Kolejna z serii cegieł. Jedynie 482 str. Czyta się świetnie, najlepiej ze słownikiem. Generalnie biblia angielskiej gramatyki opisowej.

Zwrotem „Grevissy i Intro” chciałam synekdochicznie oznaczyć wszystkie pozycje podręcznikowo-książkowe, z jakimi przychodzi mi romansować w tym semestrze.

Par Kasia
Ecrire un commentaire - Voir les 0 commentaires
Jeudi 1 octobre 2009 4 01 /10 /Oct /2009 19:31

Jaka ładna data… I jaka brzydka pogoda za oknem. Zimny deszcz wody i to nie tylko dosłownie. Przychodzę na pierwsze zajęcia i na dzień dobry słyszę francuski. Drugie zajęcia – dla odmiany angielski. Oczywiście dobrze wiem, na jakich jestem studiach, ale miałam cichą nadzieję, że pierwszego dnia choć trochę się zlitują. No, wykładowca gramatyki opisowej angielskiego „trochę” się zlitował, bo zasady współpracy omówił po polsku. Ale za to jak zapodał cegiełki do przeczytania (a może raczej wkucia), to miny niektórym zrzedły. Pół grupy po zajęciach pogalopowało do biblioteki. Ja chyba mam – jak się okazuje – zbyt wolne tempo, bo dla mnie zabrakło. Tzn. dostałam jedną, a drugiej i trzeciej już nie. A ze wszystkich mamy sobie coś już teraz poczytać. Na szczęście mądra Kasia postanowiła pójść do punktu ksero, gdzie okazał się leżeć egzemplarz przeznaczony właśnie w celu powielania. I tak mam już jedną książkę tylko dla siebie. Kosztowała mnie 16 zł. Jak na studencką kieszeń, to można powiedzieć, że majątek. A przecież mamy dopiero 1 października… Aż się boję myśleć, co będzie dalej. Mam kolejną cichą nadzieję (ale coś te moje ciche nadzieje okazują się nie działać), że innych książek będzie w bibliotece wystarczająca ilość, żeby każdy mógł sobie w dogodnym terminie wypożyczyć.

Zapowiada się orka na ugorze…

Par Kasia
Ecrire un commentaire - Voir les 0 commentaires
Mardi 29 septembre 2009 2 29 /09 /Sep /2009 19:30

A jednak jeszcze coś potrafi mnie pokonać. Przyszedł dzisiaj modem pocztą. Dlatego też, cała szczęśliwa, zabrałam się za instalację, bo przecież kochany Windows Vista nie działa w HotSpotach, tzn. nie łączy z Internetem, a na dodatek nie mogę zlokalizować nigdzie w pobliżu żadnej kawiarenki internetowej (w niedzielę obeszłam cały Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście i Stare Miasto w poszukiwaniu jakiejś c@fe i znalazłam dopiero w drodze powrotnej pod stacją metra Arsenał, podobno jest również przy Centralnym – logika też by na to wskazywała – ale i tam mam spory kawałek drogi). Dlatego naprawdę z szerokim uśmiechem otworzyłam przychodzącą paczkę i po ogólnym przejrzeniu instrukcji z radością stwierdziłam, że to przecież nic trudnego. Pod warunkiem, że ma się inne oprogramowanie, niż Windows Vista, jak się po chwili okazało… Otóż modem neostrada tp nie działa na Viście i już. Nawet zainstalować się nie chce. Nastąpiła chwila na telefony, wyjaśnienia, nowe ustalenia… Okazuje się, że przysłali mi jakiś archaiczny modem. Sagem F@st 800. I wszystko jasne. Nawet do głowy mi nie przyszło, że to wszystko może być tak perfidnie problemowe. Teraz będzie trzeba albo wymienić modem, albo znaleźć inną firmę niż neostrada. A ja wciąż siedzę bez Internetu. Te wpisy tworzę w Wordzie, później zamierzam je przekleić na bloga. Najbardziej denerwuje mnie to, że czekam już tydzień, a proces ewentualnej wymiany modemu bądź oczekiwania na nowy modem innej sieci potrwa pewnie minimum kolejny tydzień. A ja muszę się szwendać po kawiarenkach internetowych. I płacić za nie, rzecz jasna. Tak jakbym na pieniądzach spała, co oczywiście jest bzdurą. Ach życie… kocham cię nad życie, choć barwy ściemniasz, choć tej wędrówki mi nie uprzyjemniasz…”

Dobra wiadomość nr 1: Ogarniam Dworzec Centralny.

Dobra wiadomość nr 2: Ogarniam swoje klucze do zamków do mieszkania.

Par Kasia
Ecrire un commentaire - Voir les 0 commentaires
Lundi 28 septembre 2009 1 28 /09 /Sep /2009 19:28

Właśnie zmontowałam sobie stół i dwa krzesła do kuchni, jak również szafkę pod drukarkę. Wcześniej jeszcze złożyłam kosz na pranie składający się z metalowej obudowy i płóciennego worka. Na razie pokonuje mnie już tylko obsługa wiertarki, bo jakoś wizja dziurawienia nią ścian wydaje mi się nieco przerażająca. Ale i to może by się dało przeżyć. W końcu potrzeba jest matką wynalazków, ale nie tylko. Ja bym dodała, że jeszcze rodzi skuteczne działanie. Tym niemniej, poczekam z tą wiertarką do środy na dziadka, który pomoże mi zamontować szafkę łazienkową, wieszaki na ręczniki i blat kuchenny. No i oczywiście lustra, czyli najważniejszy element wyposażenia gospodarstwa domowego, niezależnie od jego rozmiarów. No właśnie, w środę odwiedzają mnie babcia z dziadkiem. Wcześniej była mama (która chyba teraz też jeszcze wejdzie na chwilę na kawę przed pracą), za półtora tygodnia przyjeżdża siostra z mamą… Jeszcze trochę i cała rodzina mnie odwiedzi. Fajnie. Ciekawe za to, kiedy mnie się uda do Łodzi przyjechać. Bo póki co czarno to widzę…

Ale i tak uważam, że bez Mężczyzn na tym świecie byłoby smutno i nudno. No i w końcu nie poradziłybyśmy sobie chyba tak absolutnie ze wszystkim... choćby ta wiertarka. Czy przesuwanie mebli. Albo jakieś elektryczne sprzęty. Dzięki, Panowie, że jesteście!

Par Kasia
Ecrire un commentaire - Voir les 0 commentaires
Dimanche 27 septembre 2009 7 27 /09 /Sep /2009 19:27

Czyli koszty życia w Warszawie. Albo może koszty życia w ogóle? Dość, że chciałam sobie dziś kupić proszek do prania i parę innych drobiazgów (takich jak np. płyn do płukania), a okazało się, że na moim koncie zostało 22,19 zł. Dla jasności: proszek kosztował 23 zł z groszami. To dopiero przeżyłam szok! Z jednej strony, po podliczeniu wszystkich wydatków popełnionych do tej pory, wszystko się zgadza, ale to jednak boli, kiedy portfel w takim tempie się wyszczupla… Na szczęście ubrań mam pod dostatkiem, z wyjątkiem spodni (wszystkie poza 2 parami zostały w domu). I te właśnie spodnie chciałam sobie wyprać, bo po takim sprzątaniu „trochę” się przykurzyły. Bo jednak dobrze mieć w rezerwie choć jedną parę. A tak zostałam z samymi spódnicami aż do środy, kiedy mama dowiezie mi kolejną partię ciuchów. Chyba, że październikowy przelew od rodziców dojdzie przypadkiem już jutro, to i na proszek mnie będzie stać. Ajaj, to dopiero zaszaleję, aż nową pralkę odpalę! Ciekawe czy umiem. Wczoraj wieczorem dwa krzesła do kuchni zmontowałam, ale ta pralka wydaje się być jak z innej planety. Chyba w tej sytuacji bardzo sumiennie przyłożę się do przeczytania instrukcji.

A życie, cóż, kosztuje… Ale może kosztować mniej, jeśli się obmyśli dobre sposoby na oszczędzanie. Np. kupowanie środków czystości w ilościach zbliżonych do hurtowych (2l zamiast 500ml itd.). Na początku boli, ale starcza na dużo dłużej i wychodzi taniej. A chemia co do zasady nie ma terminu ważności, więc może stać i stać i stać… A wczoraj jeszcze ugotowałam sobie troszkę ryżu. Troszkę, to znaczy: wczoraj zjadłyśmy z mamą po jednej dużej porcji chińszczyzny, dzisiaj ja zjadłam zupę z ryżem, a jeszcze zostało 2/3 rondelka. Przez najbliższe 2-3 dni mam co jeść. A jeszcze zostało trochę w paczce, na szczęście nieugotowane. Bardzo to praktyczne. W każdym razie jakoś źle wyliczyłam objętość po napęcznieniu tego ryżu. Wydawało mi się, że do tej pory zawsze mu się rosło trochę mniej… Przecież już nie raz gotowałam w domu ryż. Ale tak czy inaczej – mam na zapas.

A teraz już tylko czekać początku roku. Ależ zleciały te wakacje…

Par Kasia
Ecrire un commentaire - Voir les 0 commentaires

Profil

  • Kasia
  • Le blog de Kasia
  • Femme

Texte Libre

Calendrier

Janvier 2012
L M M J V S D
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
<< < > >>

Derniers Commentaires

Recherche

Créer un blog gratuit sur over-blog.com - Contact - C.G.U. - Rémunération en droits d'auteur - Signaler un abus